Dostawca przysłał zdjęcia. Co da się o nich ustalić, a czego nie

Dostajesz od dostawcy paczkę zdjęć produktowych i nie wiesz, skąd pochodzą. Pokazujemy, na jakie pytania da się dziś odpowiedzieć z samego pliku, na jakie nie da się wcale, i co z tego wynika dla zapisów w umowie.

Dostajesz paczkę zdjęć produktowych od dostawcy, agencji albo producenta. Wyglądają dobrze. Nie wiesz, czy powstały w studiu, czy w modelu generatywnym, a Twoja odpowiedzialność za to, co trafi na kartę produktu, jest taka sama w obu przypadkach.

Ten tekst jest o tym, co realnie da się ustalić z samego pliku. Napiszemy też wprost, czego ustalić się nie da, bo to druga połowa tej samej odpowiedzi i pominięcie jej robi więcej szkody niż pożytku.

Co da się ustalić

Część plików niesie w środku podpisane poświadczenie pochodzenia. To zapis dołożony przez narzędzie, które obraz wytworzyło lub edytowało, zabezpieczony podpisem kryptograficznym. Nasze narzędzie pod adresem /tools/verify-image odczytuje taki zapis w Twojej przeglądarce i odpowiada na dwa osobne pytania.

Pierwsze: czy treść pliku wciąż odpowiada tej, którą podpisano. Jeśli tak, nikt po podpisaniu nie zmienił pikseli. Jeśli nie, plik został po drodze przerobiony.

Drugie: kto ten podpis złożył i czy jego certyfikat figuruje na publicznej liście zaufania. To pytanie o wystawcę, nie o zawartość, i odpowiedź bywa inna niż na pierwsze. Plik może mieć nienaruszony podpis od wystawcy, którego żadna publiczna lista nie zna.

Obok tego bywa druga warstwa: deklaracja zapisana w metadanych, mówiąca wprost, że obraz powstał w modelu generatywnym. Jeśli leży w zakresie objętym podpisem, nie da się jej zmienić bez naruszenia tego podpisu. Jeśli nie leży, jest zwykłym twierdzeniem, które może wpisać, zmienić albo usunąć każdy, kto ma ten plik.

Czego nie da się ustalić

Najważniejsze zdanie w całym tym tekście brzmi tak: brak oznaczenia nie jest dowodem na to, że zdjęcie nie powstało w AI.

Sprawdzenie mówi o pliku, a nie o zdjęciu.

Oznaczenie można usunąć bez śladu, a ogromna większość plików nigdy żadnego nie niosła. Wynik „nie znaleziono oznaczenia" jest więc najczęstszym wynikiem i nie rozstrzyga niczego o obrazie.

Nie odczytujemy też niewidocznych znaków wodnych, takich jak SynthID od Google. Nie zgadujemy ich obecności ani nieobecności. Nie czytamy plików wideo. Żadna z tych rzeczy nie jest brakiem, który zamierzamy po cichu nadrobić w interfejsie: to granice tego, co dzisiejsza technologia daje odczytać z pliku.

Jest jeszcze rzecz mniej oczywista. To, czy certyfikat uchodzi za zaufany, zależy od listy, z którą skonfigurowano narzędzie czytające, a nie od samego pliku. Ten sam obraz bywa zaufany w jednym narzędziu i nierozpoznany w drugim, choć nie zmienił się w nim ani jeden bajt. Dlatego wynik naszego narzędzia podaje, z której listy i z której wersji korzystał. Wynik bez tej informacji nie jest powtarzalny przez nikogo, kto go czyta.

Dlaczego plik z marketplace'u zwykle nic nie pokaże

Jeżeli zdjęcie przyszło do Ciebie przez platformę sprzedażową, komunikator albo serwis społecznościowy, prawdopodobnie nie ma już żadnych metadanych. Platformy dystrybucyjne usuwają je rutynowo, przy okazji przetwarzania obrazu.

Sprawdziliśmy to na własnych plikach: nasze zdjęcia po przejściu przez Allegro wracają z nietkniętymi pikselami i bez pochodzenia. Nie dlatego, że ktoś je podmienił, tylko dlatego, że tak działa ta droga.

Praktyczny wniosek jest prosty. Jeżeli chcesz cokolwiek ustalić o pochodzeniu, potrzebujesz pliku od dostawcy bezpośrednio, w postaci, w jakiej wyszedł z jego narzędzia. Zrzut ekranu, plik pobrany z aukcji albo obraz przesłany komunikatorem nie nadaje się do tego z zasady.

Co z tego zapisać w umowie z dostawcą

Trzy rzeczy, które można wpisać, i jedna, której wpisywać nie należy.

Po pierwsze, żądaj oryginalnego eksportu. To jedyna postać pliku, o której cokolwiek da się powiedzieć, i nic nie kosztuje dostawcę.

Po drugie, sprawdzaj przy odbiorze, zanim zdjęcie pójdzie na platformę. Po wrzuceniu na kartę produktu materiał do sprawdzenia zwykle już nie istnieje.

Po trzecie, wymagaj deklaracji na piśmie, niezależnie od tego, co niesie plik. Deklaracja dostawcy i zapis w metadanych to dwa różne zabezpieczenia i żadne z nich nie zastępuje drugiego.

A czego nie wpisywać: klauzuli, która brak oznaczenia w pliku traktuje jako potwierdzenie, że zdjęcie nie pochodzi z AI. Taki zapis wygląda na ostrożny, a jest nieprawdziwy i w sporze nie obroni się przez pięć minut.

Czego nie obiecujemy

Nasze narzędzie nie wykrywa AI. Odczytuje to, co plik sam o sobie mówi, i osobno sprawdza, czy da się temu zapisowi ufać. Na pytanie „czy to zdjęcie zrobił człowiek" nie odpowiada dziś żadne narzędzie, a te, które twierdzą inaczej, opierają się na szacunkach podanych jako pewność.

Wolimy powiedzieć, gdzie kończy się to, co wiadomo. Wynik, który brzmi mocniej, niż pozwalają na to dane, jest gorszy od braku wyniku, bo na jego podstawie ktoś podejmie decyzję.